Miesięczne archiwum: Marzec 2016

Najlepsi tenisiści ery Open

Jak mierzyć wielkość gracza? Statystyk tworzy się bardzo wiele. Oczywiście należy unikać anachronizmu: Sampras. który zakończył karierę triumfem w US Open 2002, mimo wybitniejszych zdaniem wielu osiągnięć zarobił na korcie prawie dwa razy mniej niż Nadal, który w tym właśnie roku wystąpił w pierwszych zawodach. Myląca może być także ilość wygranych turniejów czy tym bardziej meczów, bo wiele zależy tutaj od długości kariery (a przecież jakość jest nie mniej ważna) i od rangi rozgrywek. Z drugiej strony, zbyt minimalistyczne kryteria też są zawodne. Zarówno Lendl, jak i McEnroe byli graczami roku po cztery razy, a Agassi tylko raz, mimo że według powszechnej opinii miał porównywane dokonania jak oni.

Najczęściej bierze się pod uwagę liczbę tytułów wielkoszlemowych i rzeczywiście metodę tę można uznać za najbardziej miarodajną. Jej prostota jest zaletą, ale i wadą, zwłaszcza jeśli mamy wynik ex aequo. W takich przypadkach możemy wziąć pod uwagę prestiż turnieju – nie jest bowiem tajemnicą, że mistrzostwa londyńskie i nowojorskie są ważniejsze niż melbourneńskie i paryskie. Inną opcją jest liczenie finałów, to bowiem jest już samo w sobie wielkim osiągnięciem, a o samym tytule czasami decyduje tylko jedna piłka.

Idąc tym torem, stworzyłem syntetyczne kryterium. Pierwszy punkt przyznaję za dotarcie do ostatniej rundy, drugi – za zwycięstwo, a trzeci – za tytuł na Wimbledonie lub Flushing Meadows. Pokrywa się to mniej-więcej z aktualnymi premiami pieniężnymi (pomnożonymi oczywiście przez milion USD); pomysł ten zresztą zaczął się właśnie od porównywania zarobków graczy (rzecz jasna tych współczesnych sobie, np. Sampras-Agassi czy Federer-Nadal).

Można zastanawiać się, czy rankingu tego nie dałoby się udoskonalić. Pierwotnie uwzględniłem także ATP Finals (starcie ośmiu najlepszych graczy roku), ale w końcu porzuciłem ten zamysł ze względu na to, że przez 30 lat odbywały się dwie równoległe imprezy tego typu, a poza tym byłaby to dodatkowa komplikacja. Ponadto można by uwzględnić cykl Masters (turnieje znajdujące się w hierarchii poniżej tych wielkoszlemowych), ale on także wyodrębnił się później, a dopiero niedawno stał się obowiązkowy, co podziałało mobilizująco na graczy z czołówki. Na razie więc ograniczyłem się do tradycyjnych czterech największych zawodów. Oto czołówka mężczyzn od 1968 roku:

  1. Federer (27 finałów+17 wygranych+12 prestiżowych=49 pt.)
  2. Sampras (18+14+12=44)
  3. Nadal       (20+14+4=38)
  4. Đoković   (19+11+5=35)
  5. Borg         (16+11+5=32)
  6. Connors    (15+8+7=30)
  7. Lendl         (19+8+3=30)
  8. Agassi        (15+8+3=26)
  9. McEnroe   (11+7+7=25)
  10. Edberg      (11+6+4=21)
  11. Becker       (10+6+4=20)
  12. Wilander   (11+7+1=19)

Istota chrześcijaństwa

Wielki Piątek upamiętnia wydarzenie, które ma centralne znaczenie dla świata. Na co dzień jesteśmy zasypywani rzeczami drugorzędnymi – także tymi religijnymi. W tym natłoku często tracimy z oczu główny cel, dlatego warto z pewnością wyjaśnić, na czym on właściwie polega.

Pewnego razu nauczycielka w liceum zadała pytanie: Jak jednym zdaniem streścić chrześcijaństwo? Bez wahania odpowiedziałem: Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Tak genialna intuicja potwierdzałaby istnienie Ducha św., bo chociaż jest to formuła katechetyczna, to trzeba było wybrać ją spośród innych (jest to faktycznie najważniejsza z tzw. głównych prawd wiary).

O to właśnie chodzi: Jezus ofiarował swoje życie, żeby wyprosić dla nas wszystkich wieczne szczęście. Jest to zarazem największe poświęcenie i największe dobrodziejstwo. A więc największa miłość. To nie żaden frazes, tylko brutalna rzeczywistość. Chrystus pozwolił nam dokonać odkrycia na miarę stu Nobli: on = dobro = Bóg.

Co z tego wynika w praktyce? Po pierwsze, mamy mu zaufać. Wtedy poprosimy go o przebaczenie, a on nam tego na pewno nie odmówi. Po drugie, powinniśmy mu się odwdzięczać. Jak? Pomagając ludziom tak jak on. Wtedy on też będzie szczęśliwy.

Ta elementarna prawda ma fundamentalne znaczenie nie tylko w wielki Piątek i nie tylko w Roku Miłosierdzia, ale zawsze i wszędzie. Nie zapominajmy o niej, ale przeciwnie – przekazujmy ją każdemu słowem i czynem.

Papież, który został lewakiem

Dziś mijają trzy lata od wyboru Jorge Mario Bergoglio na biskupa Rzymu. W tym czasie dał się on poznać jako charyzmatyczny lider. Na czym polega jego wyjątkowość? Najkrócej mówiąc, chodzi o jego „lewicowość”.

W większości krajów scena polityczna dzieli się na tych, którzy chcą zachować istniejący porządek kulturowy i gospodarczy, czyli prawicę, oraz obóz przeciwny. Podział ten i sam termin ukształtował się podczas rewolucji francuskiej. Nawiasem mówiąc, w Polsce sytuacja wygląda inaczej: w sejmie nie ma ani klasycznych partii prawicowych (chadeckich), ani lewicowych (socjalistycznych). Ponadto trzeba podkreślić, że schematy te mają charakter nie tylko państwowy, ale również społeczny. W niniejszym artykule skupiam się właśnie na światopoglądzie i wynikających z niego działaniach, a nie na kwestiach wyborczych.

A zatem Franciszek popiera zmiany: z jednej strony liberalizację doktryny, a z drugiej – wyrównywanie szans. Przy czym trzeba zaznaczyć, że jego „lewo” ma charakter względny: jest on po prostu mniej prawicowy niż zwykło się o to podejrzewać osoby religijne, ale obiektywnie sytuuje się mniej więcej w centrum tego spektrum. Nie jest on zatem zwolennikiem rewolucji, ale ewolucji. I dobrze, bo przełamuje to szkodliwy stereotyp, wedle którego chrześcijanin to „prawak”. Bergoglio jest wierny Duchowi, a nie literze. Nie jest ideologiem, ale realistą. I to jego wielka zaleta.

Życzmy więc Franciszkowi, żeby udało mu się zreformować Kościół, przywracając go na pozycje „centrowe”, aby w ten sposób wspólnota ochrzczonych była gotowa do reformowania świata, zgodnie z pojawiającymi się nieustannie wyzwaniami.

Kobieta = mężczyzna

8 marca warto zastanowić się nad tożsamością kobiet. Płeć jest faktem biologicznym, chociaż nawet tutaj nie należy wyolbrzymiać różnic. Statystycznie panie są nieco niższe itd., ale od takich reguł jest olbrzymia liczba wyjątków.  Jeśli ktoś ma 170 cm, to jeszcze nie znaczy, że nie jest mężczyzną.

Jeśli chodzi o kwestie kulturowe, z pomocą przychodzą nam te same gender studies, które w ostatnim czasie wśród osób „głęboko wierzących” okryły się, w wyniku ignorancji, złą sławą. A wszystko dlatego, że Benedykt XVI skrytykował ideologiczne wykorzystywanie tej nauki przez niektórych do uzasadniania homoseksualizmu. Pomijając jednak to nieporozumienie, gender oznacza, że każda cywilizacja tworzy pewien stereotyp płci, a więc jest to rzecz względna. Obecnie przyjmuje się, że kobieta jest podobna do mężczyzny i nie ma żadnego racjonalnego powodu, żeby z tym walczyć.

Kiedyś na katechezie psychologizujący ksiądz zrobił nam „test na płeć mózgu”. Oczywiście wyśmialiśmy go, bo płeć to sprawa ciała, a nie duszy. Niestety wśród niektórych psychologów panuje przesąd o odmienności kobiecej psychyki. Wynika to z niektórych badań, które sugerują subtelne różnice zależnie od płci. Tacy psycholodzy są jednak zbyt wydelikaceni, więc nie należy się nimi przejmować.

Z punktu widzenia religijnego sprawa również jest sporna. Niektórzy „chrześcijanie” uprawiają swoisty kult płci, co wynika z faktu, że ich fanatyczna pobożność jest powierzchowna i w rzeczywistości jest zwykłym konserwatyzmem. Św. Paweł mówi jednak wyraźnie, że „nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteśmy kimś jednym w Chrystusie”. A więc dla Boga każdy jest taki sam, każdy ma duszę, każdy ma być święty.

Nasze skołonności należy poskramiać, a nie chlubić się nimi. Każda skrajność jest zła. „Aby wszyscy stanowili jedno”. Trzeba szukać tego, co lączy ludzi, a nie ich dzieli.

I na koniec jeszcze jedno równanie: seksizm = rasizm.

Lodowate serca chrześcijan

W ostatnim czasie wiele mówi się o „kryzysie migracyjnym”.  Tak naprawdę nie polega on jednak na tym, że uchodźcy przybywają do Europy, ale na tym, że my nie chcemy ich wpuścić. Innymi słowy, to nie przyjmowanie Arabów zagraża naszej tożsamości; to właśnie ich nieprzyjmowanie jest oznaką dechrystianizacji, bo miłosierdzie stanowi istotę nauczania i życia Chrystusa.

Sytuacja Syryjczyków jest dramatyczna. Oni potrzebują pomocy natychmiast, Ale my wolimy mędrkować, osądzać i wymyślać wymówki. Trzeba przyznać, że jesteśmy żałośni.

Malutki Liban przyjął milion uchodźców z tego kraju, który w wyniku wojny został dosłownie zrównany z ziemią. Czym byłby ten sam milion dla półmiliardowej Unii? Czy 0,2% wywróci naszą strukturę etniczną lub religijną? Czy aby niezdrowe emocje nie zaciemniają nam czasem umiejętności dokonywania rachunków matematycznych na poziomie szkoły podstawowej?

Nie dajmy się nabrać na rasistowskie teorie spiskowe, wedle których jacyś tajemniczy terroryści dokonują na nas planowej inwazji. Jest odwrotnie – ci ludzie właśnie uciekają przed Państwem Islamskim; wśród nich jest zresztą wielu chrześcijan. „Nie lękajcie się” – to wezwanie papieża Polaka. Również Franciszek jednoznacznie apeluje o pomoc, zwłaszcza w tej sytuacji.

Podczas II wojny światowej ogromne rzesze Polaków, które ewakuowały się przez Morze Kaspijskie z ZSRR, zostały gościnnie przyjęte przez muzułmanów, a niektórzy nasi rodacy zamieszkali nawet w pałacach. Później zresztą, mimo dobrych warunków, wyjechali oni do bogatszych krajów, i tam też powitano ich z otwartymi ramionami. Czy nas, chrześcijan – co więcej, tych którzy otrzymaliśmy od Boga misję głoszenia światu miłosierdzia – naprawdę nie stać na podobny gest, i to właśnie wobec tych, którym to zawdzięczamy?

Syryjczycy koczują w krajach ościennych w fatalnych warunkach i nic dziwnego, że część z nich podejmuje wielki trud wędrówki w daleki świat. Nasze działania muszą być zdecydowane. Po pierwsze, musi to być wsparcie humanitarne dla Turcji i innych państw regionu. Po drugie – ratowanie tych, którzy toną na morzu. I w końcu – udzielanie szczerej, ciepłej, rodzinnej gościny wszystkim ludziom szukającym ratunku – bez względu na wiek, płeć czy wyznanie.

Litość to nie słabość ani naiwność, ale boska siła i mądrość. Obyśmy nie usłyszeli kiedyś od Jezusa, któremu mówimy „Panie, Panie”: „Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście mnie” (Mt 25,41-43).